Tydzień przed wyścigiem nasz lektor przetestował twardość słupka bramki hokejowej. No cóż, okazał się silniejszy, więc VO zrobiło się bałaganem. W ostatniej chwili zastąpił go YL Lucia, który nie tylko przyniósł część materiału, pomógł w ustawieniu anten, nagrał połączenia (nigdy wcześniej nie transmitowała), ale także zapewnił, że sprawia mu to przyjemność!
Ponieważ na Chopoku „nie ma już śniegu”, kolejka krzesełkowa dojeżdża tylko do stacji Luková, która znajduje się na wysokości 1670 m n.p.m. Szczerze mówiąc, wytrzymaliśmy dwa rzędy, najpierw o bilety, a potem o miejsce siedzące i na tę wysokość dotarliśmy stosunkowo bez problemu.
Aby lepiej przenosić sprzęt, Mišo OM0AAB pożyczył krosno, takie, jakiego używają tragarze górscy. Reszta z nas, Gabo OM0AAG, YL Lucka i mój maluch załadowali zwykłe plecaki i ruszyli schodami na Chopok. Muszę zauważyć, że było „trochę wietrznie”. Wspinaczkę utrudniały języki, czyli języki śniegu. Nigdzie nikt nie chodził prawie po trawie, gdzie indziej wpadał w śnieg.
|
|
|
|
|
|
Jednak po dwóch godzinach wszyscy dotarliśmy do celu. Byliśmy tak wyczerpani, że poszliśmy spać o wpół do szóstej i obudziliśmy się o wpół do dziewiątej rano. Zgodnie z powiedzeniem, że anteny najlepiej budować na wietrze, deszczu, śniegu, gradzie i innych zawiejach, pogoda postanowiła poczęstować nas wiatrem i śniegiem.
Budowa anten nie była aż tak trudna dzięki dobrej koordynacji i przemyślanej procedurze. Elementy anten rezonowały nie tylko na dwóch metrach, ale także na wietrze, aż w ciągu dziesięciu minut mróz je ustabilizował. Potem nawet się nie ruszyli.



Zaczynamy nadawać
Pozostało zrobić widelec ze śrubokręta - o czym możesz zapomnieć w domu, zapomnisz w domu. Dlatego nasz sygnał słychać było na pasmach dopiero wtedy, gdy wyścig trwał pełną parą. Dwumetrowy zaczął się solidnie, siedemdziesiątka w ogóle. Antena prawdopodobnie była już pokryta grubą warstwą lodu.
Zaskoczyli stacje z południa, po których nie ma śladu. Jeśli nie uznamy obszaru wokół Dunaju za południe. Średnia liczba kilometrów niska, PSV vysoké. Večer to sedemdesiatkový PA už asi prestalo baviť a bolo. V tom čase bolo v logu 9 QSO.
Dwumetrowy mężczyzna zrobił, co mógł. Ponieważ nikt tu nie ma klucza poza francuskim, po dziesiątej oznajmiłem, że czas iść spać, a rano będziemy pukać w anteny i walczyć.
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Zgodnie z moim słowem wstałem rano, otworzyłem drzwi, przedostałem się przez plątaninę anten na ziemi, spojrzałem na zakrzywiony Yagi po siedemdziesiątce i wsunął się z powrotem do śpiwora. Zjedliśmy śniadanie o wpół do ósmej i jeszcze raz spojrzałem, jak to wygląda na zewnątrz. Ponieważ bliźniacze anteny na wysokości 2 m nie mogły spaść niżej, rzuciłem okiem na siedemdziesiątkę. Maszt jeszcze stał, ale bom, zabezpieczony jedynie kablem koncentrycznym na belce, wesoło powiewał na wietrze. Elementów na wysięgniku już nie było.
Wydawało się, że nie ma już dla nas ratunku, więc z całych sił udało nam się zdobyć chociaż to, co zostało w środku. Lepiej to napisać niż zrobić. W ciągu minuty na wietrze wiatrówka została pokryta skorupą lodu. Nakrętki najlepiej odkręcać gołymi rękami, masochiści się cieszą! Mišo niczym prawdziwy odkrywca Arktyki demonstruje, jak zwala z nóg wiatr.
To, że cuda wciąż się zdarzają, zostało udowodnione nie przez dwanaście księżyców, ale przez dwanaście elementów z yagi z siedemdziesiątki – znaleźliśmy je wszystkie. Podsumowując, szkody są mniejsze, niż prawdopodobnie na to zasłużyliśmy: wygięty bom na siedemdziesięciu metrach, jeden wygięty bom na dwóch metrach, kilka pogiętych elementów, lekko wygięta chłodnica na 2 metrach i jedna pęknięta rura masztu.
Największe przeżycie – zjazd z Chopka
Największe przeżycie wciąż nas czekało – zjazd na dół. Dopiero gdy drzwi za nami zatrzasnęły się, dowiedzieliśmy się, w co się pakujemy. Pierwszy na ziemię poleciał Mišo z wysokim baldachimem. Po dziesięciu krokach zobaczyłem w telewizji wiadomości w stylu „Czterech radioamatorów zamarło w Chopku”. Pokazano siłę ducha zespołowego i mirażu. To był narciarz, który przemknął obok nas. Z dołu idzie para czeskich turystów - muszą mieć kłopoty (SRI dla głupiego żartu wszystko w porządku, ale w ostatnich latach w Tatrach za większość wypadków śmiertelnych odpowiadają Czesi).
Oglądam się, nad nami stoi narciarz alpinista w ciemnożółtej wiatrówce – może służba górska? Kilka kroków później cała grupa nas dogania. I natychmiast śnieg przestaje padać, chmury się rozstępują i sto metrów pod nami narciarze na Lukovej. Nie mam pojęcia, kiedy minęliśmy stację siedzeń na Úbočy. W Jasnej ani śladu wiatru. Wyglądamy jak trio Mikołajów i Królewny Śnieżki. Ale jesteśmy na dole.
Ponieważ człowiek jest istotą nie do nauczenia, już snuję plany na następną rasę. Cóż, obejmuje także wysokie wzniesienie, wiatr, śnieg i, miejmy nadzieję, anteny, które wytrzymają wszystko.










